poniedziałek, 4 kwietnia 2016

"Podarowałeś mi coś, co nawet trudno nazwać. Poruszyłeś we mnie coś, o istnieniu czego nawet nie wiedziałam. Jesteś i zawsze będziesz częścią mojego życia. Zawsze."

PAULINA
Są w naszym życiu ludzie, których kochamy i nigdy nie przestaniemy kochać. Są ludzie, których kochamy za bardzo. Są też ludzie, których kochać nie powinniśmy. Czasami jednak pojawia się człowiek, którego można zaliczyć do każdej z tej kategorii. I co wtedy? Wtedy tworzy się coś strasznego. Tragedia miłości. Kochasz i nie możesz przestać. Mimo zniknięcia obiektu, które obdarzyło się uczuciem. I zdajesz sobie sprawę z tego, że ta toksyczna relacja niszczy Ciebie, nie pozwala normalnie żyć, normalnie funkcjonować. Chcesz dobra drugiej osoby, ale nie potrafisz brać udziału w jego szczęściu, kiedy to nie Ty jesteś jego powodem. Każdy widok "toksycznego obiektu" powoduje u Ciebie przyspieszone bicie serca, drżenie całego ciała. Może to tylko skomplikowana reakcja chemiczna, która zachodzi w Twoim organizmie. Ale ulegasz jej. Mniej lub bardziej świadomie. I czekasz. Nie wiedząc na co i czy czekanie to ma sens. A kiedy wreszcie otrzymujesz to, czego pragniesz, nie za bardzo wiesz co zrobić z taką ilością szczęścia. Ulegasz. Godzisz się na wszystko. Ale czy przy tym nie tworzysz czegoś jeszcze bardziej toksycznego?
Tak właśnie jest ze mną i z Michałem. Kocham Go i nigdy nie przestanę. Wszedł zbyt głęboko we mnie. W moje emocje. W moje uczucia. Za bardzo poznał moje wnętrze. Zbyt wiele zmian wprowadził we mnie i w moje życie. Zmienił mnie. Nieodwracalnie. Kocham go za bardzo. Ale nie jest to miłość zaborcza. Nie powinnam go kochać. Wiem, że nie jest mężczyzną dla mnie. Wiem, że to nie jemu powinnam chcieć urodzić gromadkę dzieci. To nie przy nim powinnam chcieć się zestarzeć. To nie on powinien stać obok mnie przez całe życie. Ale co z tego, że to wiem? To tylko głos rozsądku. Serce mówi inaczej. Serce chce inaczej. A ja go słucham.
Rozstałam się z Michaelem dzień przed Wigilią. To było z jego inicjatywy. Zaproponował mi, żebym wyjechała z Polski. Żebyśmy zamieszkali razem w Insbrucku. On nie może opuścić Austrii. Nie zgodziłam się. Nie mogę tak z dnia na dzień rzucić pracy, rodziny, przyjaciół i wyjechać do obcego kraju. Po prostu nie mogę. To by nie wyszło. Wtedy podjął decyzję o naszym rozstaniu. Miał rację. Miłość na odległość nie ma szans przetrwania. Ludzie potrzebują kontaktu ze sobą. Potrzebują realnej rozmowy. Potrzebują bliskości drugiej osoby. Po prostu potrzebują podtrzymania płomienia ich miłości. A kiedy już przyzwyczają się do tej nieobecności osoby ważnej, do czekania i tęsknoty i trudno im później żyć razem z tą osobą, kiedy jest już blisko. Potrafią ją kochać czekając, a nie mając na wyciągnięcie ręki. Dlatego musieliśmy się rozstać. Nie było nam łatwo. Cały czas coś do siebie czujemy. Nasza miłość po prostu nie miała szans na realizację. Nie powiedziałam mu jeszcze, że noszę pod sercem jego dziecko. Nie planowaliśmy tego. Zresztą... gdyby się dowiedział, mógłby wszystko skomplikować. Mógłby zniszczyć to, że stanęłam już na własnych nogach i pogodziłam się z jego odejściem. Pewnie czułby się współodpowiedzialny za tą małą istotkę. Pewnie chciałby się nami zaopiekować. Ale ja nie chcę sztucznej relacji i tego, żeby robił coś z poczucia obowiązku. Nie chcę, żeby czuł się "złapany na dziecko". Kiedyś mu o tym powiem. Nie teraz. Nie jestem na to gotowa.
Michała spotkałam w święta. Poszłam na spacer. Sama. Chciałam wszystko przemyśleć. Oderwać się od rodziny i ciotek, które ciągle pytają kiedy wreszcie wyjdę za mąż. Kiedy urodzę dzieci. Teraz nie potrzebuję takich pytań. Teraz są one wręcz zakazane. Był mroźny, ponury, wietrzny dzień. Uwielbiam kiedy pogoda współgra z moimi emocjami. Nie muszę wtedy niczego udawać. Spotkałam wtedy Michała. Moje serce zabiło szybciej. Poszliśmy razem. Rozmawialiśmy. Okazało się, że jest w trakcie rozwodu z Emilką. Odeszła z dzieckiem do innego. Tak naprawdę nigdy się nie kochali. Byli ze sobą ze względu na dziecko, będące owocem przelotnego romansu. Powiedział mi, że dopiero przy niej zrozumiał, że przez głupotę stracił największą miłość swojego życia. I że właśnie dla mnie jest gotowy zrezygnować z roli fitness'owego Casanovy. Uwierzyłam mu. Właśnie wtedy tego potrzebowałam. Przecież cały czas go kochałam. Zaprosił mnie na Sylwestra. A na nim oświadczył się. Czy tego chciałam? Na to czekałam.
Michał jeszcze nie wie o mojej ciąży. Nie wiem czy nie zmieni zdania i nie odwoła ślubu. Nie wiem czy będzie w stanie zaakceptować cudze dziecko w naszym związku. Chociaż... skoro deklaruje miłość do mnie, to powinien zaakceptować moje dziecko. Chciałabym, żeby stało się ono naszym dzieckiem.

4 komentarze:

  1. Wrócę tu, obiecuje. Ale teraz muszę zapalić. Ty wiesz, że ja wiem, o kim to i dlatego nie mogę teraz powiedzieć nic więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jednej strony rozumiem Paulinę, znaczy staram się zrozumieć. Toksyczna miłość jest trudna, ale i chora. A zdawać sobie jeszcze z niej sprawę to dopiero obciążenie. Tu ją rozumiem, że mimo wszystko go kocha, choć wie, że nie powinna. Ale z drugiej, rani wszystkich poza Michałem. On wytworzył tą "miłość" i umie ją wykorzystać. Rani siebie, rani Blondasa i rani to dziecko. I Blondas jej tego nie wybaczy. Bo prawdziwa miłość nie wybacza wszystkiego...
      Nie wiem, czy jest rozwiązanie z tej sytuacji, ale wiem, że Paulina jest silna i jeśli zacznie myśleć rozsądkiem i nim działać, wszystko się ułoży. Serce tylko ją pogrąży.
      Buziaki i czekam na więcej :)

      Usuń
    2. Sama wiesz, że to jest skomplikowany temat. Ale przyjdzie wiosna. Wtedy ludziom odbija i może jej też odbije (w pozytywnym znaczeniu tego słowa). Jedno jest pewne - ona wie co ma robić, tylko nie potrafi tego zrobić. Ona się boi. A tak naprawdę dawno powinna kopnąć Michała w dupę i zawalczyć o Michaela. Dziecko powinno jej w tym pomóc.
      Serce z czasem słabnie i się gubi. A wtedy Rozum ma pole do popisu.
      Buziaki! :)

      Usuń